WPADŁSZY W NIEWOLĘ

Wpadłszy w niewolę „formy”, człowiek idzie „naprzód” w każdym kierunku, czyli idzie do nikąd akumulując jedynie przedmioty wokół siebie. W tak ograniczonej (czytaj: zde-finiowanej) rzeczywistości żyje już nie człowiek, lecz funkcjonują w nim przedmioty, z jakimi się utożsamia. Świadomość posiadania wypełnia jego samoświadomość i ją wygasza. Kto ma więcej, dominuje nad rzeczami oraz nad ludźmi i nimi zaspokaja swoje potrzeby. Jego samoświadomość sprowadza się do świadomości potrzeb i przedmiotów, oraz do świadomości… walki z innymi układa­mi potrzeb.W niewoli, gdzie człowiekowi dozwolone jest pocić się tylko „grzbietem”, a zabronione jest pocić się „czołem”, lenistwo idzie w parze z wyzyskiem. Wyzyskuje się wszystko: przyrodę, innego człowieka a nawet samego siebie. Leniwy bowiem redukuje wszystko, łącznie ze sobą, do materii, aby móc robić wszystko ze wszystkiego dla zaspokojenia mechani­cznie powstających nowych potrzeb. W tak „humanizowanej” rzeczywistości istnienie człowie­ka staje się sposobem zdradzania prawdy, przede wszystkim tej, którą jest on sam.

FAŁSZYWE BÓSTWA

Fałszywe bóstwa strącają się nawzajem z piedestału. Bóstwo dzisiejsze stanowi negację bóstwa wczorajszego, ju­trzejsze dzisiejszego. Następują po sobie jak antytezy po tezach, tworząc coś w rodzaju dialektyki idololatrii. Wszystkie podlegają jednemu panu, nowości, niczym greckie bóstwa Mojrze. Podporządkowując się dialektyce idololatrii człowiek tra- fci „stałość umysłu” (Norwid). Brak trzeźwości odbiera mu zdolność dostrzegania, gdzie znajduje się jego ocalenie, a gdzie go nie ma. Zostaje mu szybkie bogacenie się w przedmioty wytwarzane na miarę tej potrzeby, w której upatruje fun­dament swojego bycia. Sam się deportuje, posłużę się tu wyrażeniem Norwida, „w drugą Syberię: pieniędzy i pracy, gdzie wolnym grób!” (Syberie). W formalizmie cywilizacji praca człowieka, stanowiąca zawsze sposób jego istnienia, dokonuje się „w pocie grzbietu”, a nie „w pocie czoła” (wyrażenie Norwida). Nawet myślenie, jeśli jest tylko racjonalistycznym mechanizmem, męczy grzbiet, a nie czoło. Praca stała się tutaj działaniem niegodnym człowieka.Niewola oferuje zawsze łatwą formę istnienia. Im większa niewola, tym mniejszy obowiązek godnej pracy i tym obfitszy »pot grzbietu w niewoli bowiem nie buduje się swojego domostwa własną osobą, lecz z mechaniczną pomocą formal­nych konstrukcji, w których człowiek spełnia się nie jako osoba, lecz jako źródło energii.

MYŚLENIE ODERWANE OD PRAWDY

W takiej cywilizacji byle co może być wzięte za punkt wyjścia dla myślenia. Myślenie, oderwane od prawdy, zostało sprowadzone do formalnego funkcjonowania według okreś­lonych reguł. Może więc teraz służyć do wszystkiego. O wybo­rze punktu wyjścia decydują okoliczności, nastrój, siła doznań itp. Ku temu, od czego myślenie wychodzi, zmierza dzia­łanie człowieka. Wokół tej czy innej potrzeby, podniesionej do godności bóstwa, oraz wokół jakiegoś idealnie myślanego przedmiotu mającego służyć temu bóstwu a konstruowanego wedle aktualnych możliwości technicznych, ludzie budują swoje domostwo, które Heraklit nazywał ethosem. Tech­niczne możliwości wytwarzania przedmiotu, na który wska­zuje ubóstwiona potrzeba, oraz idealny przedmiot mający ją zaspokoić w pełni a pozostający w matematycznej nieskoń­czoności, bierze się tu za etykę. Podbudowuje się ją namiastką metafizyki, jaką są ideologiczne tezy mające uzasadnić, dla­czego dana potrzeba ma być ubóstwiana a odpowiadające na nią rzeczy przedmiotem zasadniczej troski człowieka. Tezy te nie wyrażają tego, co jest, ponieważ nie wyrastają z in-tueri, z owego przebywania wewnątrz bytów. Nie ma w nich żadnej troski o prawdę ponieważ ten, kto nie intuitur, nie strzeże tego, o czym mówi. Tusor, stąd tutus, tutslu. Kim nie kieruje troska o prawdę, tym kierują zachcianki, mody, słabości, interesy. Ideologia to produkt zniewolonego rozumu.

PRACA, WŁASNOŚĆ I SZTUKA

Cywilizacja, w której żyjemy, znajduje siły napędowe dla swojego rozwoju w potrzebach. Prowadzeni przez nie wytwarzamy przedmioty, aby potrzeby zaspokoić. Pragnienie bycia, zaniedbane i przyduszone przez nas troską o przedmioty, ulega zapomnieniu. W konsekwencji zanika u nas praca nad wartościami, jakie odsłaniają się poprzez to pragnienie i zobowiązują nas do spełniania ich a tym samym do zadośćuczynienia samemu pragnieniu. Inter­pretacje potrzeb, każące widzieć wczoraj w tamtej, dziś w tej, a jutro jeszcze w innej potrzebie oraz w jej zaspokajaniu, ostateczną prawdę człowieka, zawsze ktoś komuś narzucał, narzuca i będzie narzucał, ale tak naprawdę to narzuca je sobie sam człowiek. W ostatnich dziesiątkach lat tego rodzaju widzeniem świata ludzkiego oraz rozumowaniem konstru­ującym jedynie przedmioty zarazili nas w sposób szczególny Marks, Nietzsche, Freud. Wymyślaniem przedmiotów-narzę- dzi dla zadośćuczynienia potrzebom, jakie oni usiłowali wmó­wić w człowieka, zajęła się skutecznie nauka, związawszy się z technologią. Przyszło jej to z łatwością, ponieważ sama sprowadziła się do techniki myślenia. Skonstruowanym przez nią przedmiotom pozwalamy wchodzić w naszą naturę. Prze­nikają nas one tak, że wyłaniające się z nich możliwości nowych przedmiotowych konstrukcji stają się naszymi… po­trzebami.

KU SPRAWIEDLIWOŚCI

Jest tyle jaskiń na naszej planecie i równocześnie tyle widocznych z nich gór Moria. Co wybiorę ja? Co wybierzesz ty? Co wybierze on? Co my wybierzemy? Czy wybierzemy jaskiniowe szaleństwo gry sił, czy ofiarę Sprawiedliwego? Czy wybierzemy swój los i tradycję „tak z pierwszego rozpędu”, czy raczej trudną drogę Sokratesową, Abrahamową, drogę „prywatnego losu” wypełnionego nadzieją położoną w Dobru, o której tylko Bóg jeden wie, czy jest prawdziwa czy nie? Tak ufał Sokrates, pokładając nadzieję w etycznym dobru czynio­nym przez siebie. Tak ufał Abraham, pokładając nadzieję w wierze Słowu Pana i właśnie on doświadczył, i stale doświadcza, że jest to nadzieja położona w Bogu-Ojcu. Mówię celowo „doświadcza”, ponieważ stale gdzieś żyje jakiś Ab­raham. Ku Sprawiedliwych potrzeba światu europejskiej cywili­zacji, aby nie zginął? I czy jest gdzieś Abraham Europy, który by wiódł spór z Bogiem o ich liczbę? Musi to być ojciec pracujący razem z synem na stoku góry Moria, wspólnie wyrywający z siebie chwasty dialektycznych stosunków, które robią z nich, z ojca i syna, niewolników własnych wyobrażeń o sobie. Muszą uprawiać ziemię dla ofiary już nie utopijnej, bo dokonanej w decyzji Miłości przez Ojca i Syna na górze Golgoty.


TRUDNA DROGA KULTURY

Idziemy ku Niemu przez wiarę. Dlatego w Abrahamie widzimy ojca wiary, ojca logiki wiary, bo zrozumiał on jak nikt z ludzi, że w uwalnianiu się od mniemań oraz od właściwej dla nich logiki trzeba iść w bezkres, dalej aniżeli szli geniusze etyki w rodzaju Sokratesa. Wiara uwalnia nas ostatecznie od cieni przeszkadzających nam w wymierzaniu sprawiedliwości temu, co jest. Wolnymi czyni nas Ojciec. Abraham był sprawiedliwy w stosunku do syna dopiero schodząc z góry Moria, kiedy zaczął żyć Pamięcią twarzy Ojca. Ale i Izaak dopiero wtedy zaczął pojmować prawdę ojca Abrahama i stawać się sprawiedliwy.Trudna jest droga kultury na górę Moria, droga oczekują­cego dojrzewania, droga pracy pielęgnującej to, co ma się narodzić. Można na nią wejść i nią kroczyć jedynie przez wiarę. Jest to droga trudna także i dlatego, że brak na niej precedensów. Abraham jest jak rolnik, ale ma on tylko jedno lato, jedną jesień, jedną zimę i jedną wiosnę. To prawda, że posiada sporo obrazów pozwalających mu snuć analogie. Nie na nich jednak opiera swój czyn ofiarny, lecz, z ich pomocą, na czymś więcej. Abraham po prostu wierzy słowu Boga. Ojcowska twarz Dobra odsłania się w szczytowym mo­mencie ofiary — w decyzji podjętej wspólnie przez ojca i syna. Ale zarówno Abraham jak i my wychodzimy na górę Moria i dorastamy do takiej decyzji mocą wychodzenia Syna z Ojcem na inną górę, na Golgotę, na której Ich decyzja ofiary uleczyła i spełniła w Miłości naszą zranioną wolę życia.

KŁOPOT ABRAHAMA

Abraham stanął przed wezwaniem do zabicia syna jak stoi rolnik przed obumieraniem ziarna — ale łatwiej rolnikowi wierzyć w przyszłą wiosnę, aniżeli Abrahamowi, że syn będzie żył. „Zabij syna dla mnie!” Abraham pojmował ten nakaz j wedle swojej opinii o synu, z którą go całkowicie utożsamiał. Myślał, że chodziło o zabicie syna, podczas gdy… Bóg chciał j uwolnić ich obu od hipotezy, poprzez którą Abraham uprzed- j miotowiał Izaaka dla pięknego celu, jakim jest naród. Ale zanim to pojął, razem z Izaakiem szukał trwożnie zrozumienia, co znaczy, że ofiarowany będzie nadal żył i to jeszcze pełniej; szukał przez wiarę, bo ona mówiła mu, że Bóg nie może chcieć śmierci. Izaak pyta jagnię ofiarne. Jakże ma mu odpowiedzieć Abraham? Jeśli mu powie, że to właśnie on ma być tym jagnięciem, owszem, powie mu prawdę, ale czy powie mu całą prawdę, jaka ogarnia ojca przez wiarę? Czy nie spłoszy tej dzieciny? Wiara nie pozwalała Abrahamowi mówić o śmierci Izaaka. Abraham wierzył, że jego syn będzie żył według obietnicy otrzymanej od Pana. Jak więc mówić Izaakowi o ofierze z życia tak, żeby wskazać na całą prawdę i nie popchnąć maleństwa do ucieczki? Abraham nie mógł odpowiedzieć synowi, że gdzieś tam jest jagnię, ponieważ Bóg żądał Izaaka. Więc powiedział mu prawdę wyrażającą jego wewnętrzny stan wiary, prawdę, której Izaak także musiał szukać: „Bóg upatrzy sobie jagnię na ofiarę, synu mój!” Ostatecznie przecież obydwaj nie wiedzą, jaka jest twarz Dobra wydobywającego z ciemności całą prawdę człowieka. Idą ku niej wychów u j ąc się nawzaje m, jeden drugiego wyprowadza z jaskini cieniów.

W WIERZE

W wierze, w której Abraham przeczuwał Prawdę, Bóg zażądał od niego ofiary z syna wbrew czysto etycznym zobowiązaniom, jakimi starzec żył w stosunku do Izaaka. Kazał mu go zabić. W tej mierze, w jakiej Abraham był jeszcze zniewolony przez mniemania na temat syna i w jakiej sprowa­dzał go do nich, mógł rozumieć nakaz Boga tylko tak: weź nóż i zabij syna, bo ja tak chcę. Abraham nie odróżniał syna od swojej doxa o nim. Ale Abraham wierzył w Dobro, którym jest Bóg. Nie widział jedynie jasno wszystkiego, ponieważ nie stał tak blisko Dobra, żeby móc przez wiarę zobaczyć ponadetycz- ną prawdę osoby ludzkiej.Więc zaczął wychodzić przez wiarę na górę.Dobro zobowiązujące już nie przez etykę ale przez wiarę do ofiarnego wymierzania sprawiedliwości prawdzie tego, co jest, każe ufać, że ofiarowane nie zginie, owszem, że właśnie dlatego, iż zostało tak ofiarowane, nie zginie i będzie żyć. Doświadczenie, które niestety przychodzi zbyt późno, poka­zuje, że życie ofiarowane mniemaniom rozpada się wraz z nimi, chociażby pozory mówiły coś odwrotnego. Zrezyg­nować z mniemań o czymś czy o kimś nie przychodzi łatwo.

ZROZUMIENIE PRAWDY

Drogę z jaskini mniemań na górę poznania pełnej prawdy życia odczytanej już nie tyle w bytach, ile w samej Twarzy Dobra, przebył Abraham ze swoim synem Izaakiem. Góra nazywała się Moria. U jej podnóża Abraham zostawił sługi (słudzy nie wchodzą na górę!), a sam z umiłowanym dziec­kiem wszedł na ostatni odcinek drogi: drogi wiary i płynących z niej zobowiązań. Razem dochodzili do zrozumienia prawdy, odsłonionej Abrahamowi przez Boga w wierze, że aby wejść wyżej i być zupełnie wolnym od przesądów jaskini, trzeba bez zastrzeżeń ofiarować życie Bogu. Życie, które nie utoż­samia się z taką ofiarą, nie ma wartości, ponieważ będzie ofiarowywane takim albo innym bezwartościowym mniema­niom. Abraham wiarą przeczuwał tę prawdę, ale jej nie widział. Wierzył w nią i tylko w nią, tak że gotów był oddać Bogu życie nawet własnego syna. Nie oddałby go natomiast żadnemu mniemaniu. A jednak musiał patrzeć na swoje jedyne, dane mu przez wiarę dziecko poprzez jakieś przesądy, poprzez jakąś doxa na jego temat; wyobrażał sobie jego przyszłość i przyszłość zrodzonego zeń narodu wedle jakichś cieni na ścianie jaskini. Nie widział on jeszcze Izaaka w jego prawdzie, dlatego nie mógł mu wymierzyć sprawied­liwości; dlatego sam nie był jeszcze Sprawiedliwym, zdolnym innych ratować. A przecież takich Sprawiedliwych szukał Abraham stale, nimi próbował zasłonić Sodomę i Gomorę przed gniewem Pana. Niestety, nie znalazł ich…

RZECZY NIEZBĘDNE

Powiedziałem że mit Platona nie zna twarzy Dobra, odsłaniającej się „na górze” Sprawiedliwemu; może dlatego nie przeczuwa ani Wcielenia, ani Wniebowzięcia. W konsek­wencji nie wie zbyt dużo o wcieleniu się kultury w cywilizację, nie wie bowiem o wcieleniu się Nowej Rzeczywistości w samą kulturę; nie wie, co znaczy wniebowzięcie cywilizacji na górę kultury, a kultury na górę Dobra i Prawdy.Pytania o rzeczy nadrzędne rodzą się z sumienia. Tak pytał siebie Sokrates, ojciec etyki oraz logiki właściwej etyce. On, geniusz etycznej Sprawiedliwości, widzący prawdę rze­czy w świetle etycznego Dobra, nie ma nigdy problemu ze zobowiązaniami, które na pewnym etapie drogi stają w po­przek etycznym zobowiązaniom. Jego nadziej a ma cha­rakter etyczny. Etyka jednak nie zbawia człowieka. Ocalenie życia dokonuje się tam, gdzie pytania o rzeczy nadrzędne wyrastają z wiary i przez w i a r ę w ocalający nas Dar. Nie znoszą one nakazów etyki, ale ukazują ich głębszy sens pozwalając nam oczyścić je całkowicie z hipo­tetycznych mniemań.